Wszystko się ostatnio pomieszało: to, co było wyrafinowaną sztuką zagustowało w popowym blichtrze, zaś to co stanowiło przykład populistycznej papki zyskało walor awangardowej szpicy gatunkowej. Świat stanął na głowie – i bynajmniej nie ma to nic wspólnego z kulturą Australii.
Wraz ze śmiercią Bunuela, Felliniego, Viscontiego, Antonioniego i Kurosawy pożegnaliśmy się z uczuciem, że kino będzie wymuszało na nas weryfikację dotychczasowych sądów, upodobań, gustów. Że będzie wyznaczało, poszukiwało, prowokowało, odkrywało. Dodajcie sobie jeszcze co chcecie….
Wiem zostało jeszcze ich paru: Almodovar, Tarantino, von Trier, ale robią to dzisiaj jakby bez przekonania, coraz bardziej osamotnieni, w coraz mocniejszych oparach pop-cornu dochodzących z sąsiednich sal w kinie. Znaleźli się bowiem w roli ostatnich Mohikanów.
Prawie wszystko co nowe, poszukujące w dziedzinie języka narracji filmowej, scenariuszy, dialogów, optyki społecznej trafia do nas nie za sprawą kina, lecz telewizyjnych seriali! To tutaj bije tętno nowych czasów. Tu ustala się nowe zasady. Tu kruszy się mainstreamowe twierdze.
Jeśli przypomnicie sobie rewolucję w konstruowaniu postaci, jaką mieliśmy za sprawą takich seriali jak „Sześć stóp pod ziemią” czy „Rodzina Soprano”, natychmiast zrozumiecie co mam na myśli. Lub choćby ostatnio – dzięki „Czystej krwi”.

W nFilmHD też będziemy trzymać rękę na pulsie i oprócz hollywoodzkich blockbusterów chcemy pokazywać najodważniejsze, poszukujące seriale, które zmieniają nie tylko reguły gatunku, ale także otwierają głowy widzów. W niedziele o 21.00 pokazujemy właśnie najnowszy przebój amerykańskiej telewizji – serial „Siostra Jackie”. Przyznaję szczerze, że powoli uzależniam się od talentu odtwórczyni tytułowej roli, Edie Falco. Jest ab-so-lut-nie i fe-no-me-nal-nie współczesna. Wytrawna, ale nie gorzka. Pozbawiona słodyczy sentymentalizmu i jakiejkolwiek pretensjonalności.
Lada moment pokażemy też najnowszą nowość serialową - „Dzienniki wampirów” a niedługo potem mój ulubiony serial „Queer as folk”.
Czegoś takiego nie wymyślił nawet sam Marshall McLuhan, prorok elektronicznego zbawienia i twórca teorii o telewizyjnej „globalnej wiosce”. To po prostu nikomu nie przyszło wcześniej do głowy: awangarda opuściła kulturą wysoką i znalazła pragmatyczny sposób, by zagnieździć się w popkulturze….
Ja się z tego cieszę. A wy?